2017/08/07

#4 Po co nam uczucia

Normalnie, to znaczy jak?

Klasyczny dialog w czasie pierwszych spotkań z psychoterapeutą wygląda mniej więcej tak:
Psychoterapeuta: – Jak się pani dziś czuje?
Pacjentka: – Dobrze.
- Co to znaczy dobrze?
- Normalnie.
- Normalnie, to znaczy jak?
- Tak jak zwykle, a jak mam się czuć?

Wielu pacjentów nie umie rozpoznawać swoich stanów uczuciowych. Chyba, że są silne. Wtedy niektórzy potrafią je nazwać. Ale na poziomie emocji delikatnych, zniuansowanych lub złożonych, co przecież często ma miejsce – pacjenci się gubią i nie wiedzą, co czują lub mają wrażenie, że nie czują nic. Dlatego psychoterapeuci często pytają o to, jak pacjent się czuje albo co w nim wywołuje opisywane wspomnienie. Nie zadowalają się słowem „nic” lub odpowiedzią typu „myślę, że siostra nie chciała mi zrobić przykrości”. Dlatego to ważne, abyśmy wiedzieli, co dokładnie czujemy i jakie wydarzenie lub myśli są przyczyną naszego stanu? Krótka odpowiedź mogłaby brzmieć tak: bo jeśli to nie my panujemy nad swoimi emocjami, to one panują nad nami, a wtedy trudno mówić o kontroli nad swoim życiem.

Nie wystarczyłby rozum?

Po co natura wyposażyła nas w uczucia? Nie wystarczyłby rozum, logiczne myślenie? Ilu problemów można by sobie wówczas zaoszczędzić. Wielu z nas powie: emocje męczą, powodują konflikty, krzywdzą. I po co się w nich nurzać, zwłaszcza w tych negatywnych, jak złość czy smutek?

Często słyszymy, że kulturalny człowiek się nie złości, a smutny psuje innym nastrój. Mówią nam, że mamy wziąć się w garść, próbujemy, zaciskamy zęby, ale na dłuższą metę nam się nie udaje. Emocje i tak wychodzą, często w zakamuflowanej formie, pod postacią objawów takich jak bóle, które nie mają uzasadnienia w diagnostyce medycznej, bezsenność, natrętne myśli lub ataki paniki. W czasie psychoterapii, krok po kroku, psychoterapeuta towarzyszy pacjentowi w odkrywaniu, co czuje, co go do tego sprowokowało i jak chciałby się zachować w podobnej sytuacji w przyszłości, wiedząc już, co się z nim dzieje.

To nie emocje powodują problemy, ale ich wieloletnie tłumienie. Dlatego psychoterapeuci dopytują: „co pani czuje kiedy szef poniża panią przy współpracownikach?”, „co pan czuje do matki, kiedy bez konsultacji z panem zaprosiła na pański ślub 20 osób z dalszej rodziny?” Nie bez powodu podaję tu dwa przykłady, które w zdrowym człowieku budziłyby złość. Jest ona jednym z najtrudniejszych uczuć i wielu z nas robi dużo, żeby jej nie doświadczać.

Uczucia wyrażane nie wprost są destrukcyjne

Po co się złościć i „popadać w konflikty”, po co „psuć innym nastrój” swoim smutkiem, po co „niszczyć” przyjaźń zazdrością? Czy naprawdę sądzą Państwo, że jeśli uczuć nie wyrażamy, to one znikają? Nie znikają.

Są przyczyną dolegliwości, o których wspomniałam wyżej. Niewyrażane wprost uczucia mają destrukcyjne skutki w sytuacjach gdy zmieniają adresata: zamiast powiedzieć szefowi, że nie zgadzamy się na jego upokarzające uwagi, krzyczymy na dzieci, kiedy po powrocie do domu, widzimy porozrzucane zabawki (pretekst zawsze się znajdzie). Jedne uczucia zamieniają się w inne: zamiast powiedzieć przyjaciółce, że nie podoba nam się to, że zawsze oczekuje, iż to my dostosujemy się do terminu i miejsca spotkania, czujemy się pokrzywdzeni, smutni, łapiemy „doła” na pół dnia. Emocje wybuchają z opóźnieniem, ze zdwojoną mocą w sytuacjach, które nie uzasadniają aż takich silnych reakcji. To powoduje niezrozumienie otoczenia, z wywołuje jego sprzeciw, a także frustrację, zresztą u obu stron. Uczucia przechodzą w formy podobne, ale destrukcyjne: niewyrażana złość z czasem zamienia się w sarkazm, zgryźliwość, chroniczne narzekanie. Wszystkie skutki niewyrażania uczuć na bieżąco i wprost są destrukcyjne dla nas i naszych relacji.

Skutki złego odzwierciedlania

Boimy się wyrażać niektóre uczucia, bo w dzieciństwie byliśmy za to karani. Kiedy się złościliśmy, mama przestawała się do nas odzywać, ojciec groził palcem albo pasem. Kiedy było nam smutno, słyszeliśmy, że trzeba być twardym i się nie mazać. Kiedy się radowaliśmy, wujek wychylał się zza gazety: „poznasz głupiego po śmiechu jego”. Kultura także dołożyła tu swoje. Która dziewczynka nie słyszała: „złość piękności szkodzi”, który chłopiec, że „chłopaki nie płaczą”? W dzieciństwie nasze stany uczuciowe, których sami nie rozumieliśmy, czasami były błędnie interpretowane: byliśmy źli, a mama myślała, że głodni; baliśmy się, a tata uważał, że się wstydzimy; tęskniliśmy, a nazywano to rozdrażnieniem. Nieadekwatne odzwierciedlanie uczuć powtarzane przez dorosłych wielokrotnie przez lata, uczy dziecko oddalania od samego siebie. Dziecko traci dostęp do spontanicznego wyrażania niektórych uczuć.

Uczucia to podstawowy dialog ze światem

Tymczasem uczucia pełnią ważne funkcje. Bez uczuć nie jesteśmy w stanie żyć pełnią życia, realizować marzeń, cieszyć się zdrowiem i szczęściem. Złość służy do obrony naszych granic. To dzięki niej mamy siłę powiedzieć „nie”, kiedy ktoś nas krzywdzi. Dostęp do złości to dostęp do energii, która nas chroni i daje napęd do sięgania po to, co dla nas ważne. Smutek to reakcja na stratę. Jeśli coś było dla nas cenne, kochaliśmy to, a teraz tego nie ma, razem z tym umiera część nas. Smutek, to hołd złożony tej umierającej części. Wstyd mówi nam o naszych ograniczeniach, chroni przed pychą, arogancją, omnipotencją, przed tym, co może nas zgubić. Radość to satysfakcja, że coś poszło po naszej myśli, afirmacja tego, co jest, spełnienie naszych marzeń.
Wszystkie uczucia służą do komunikowania się z ludźmi. To za pomocą uczuć wpływamy na innych. Emocje mówią nam, czego chcemy, a czego nie. Są naszymi latarniami morskimi. Bez nich tracimy orientację. Nie wiemy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. Dlatego warto zatroszczyć się o swoje uczucia.

Beata Bereza
Psychoterapeutka

#4 Po co nam uczucia
5 (100%) 1 głosów

Zapisz się lub zadzwoń do recepcji INZPiRO.

← powrót do strony głównej